Szukaj

Nasz syn skończył miesiąc! Czego dowiedziałam się w tym czasie?

Marysia, 21 październik 2019
Nasz syn skończył miesiąc! Czego dowiedziałam się w tym czasie?

Od narodzin Leosia minął już ponad miesiąc. Kawał czasu! Gdyby jednak ktoś nagle zapytał mnie ile czasu jesteśmy już razem w domu, odpowiedziałabym, że tydzień. Te 4 tygodnie zleciały w oka mgnieniu, a na dodatek zlały mi się w całość. Każdy dzień wygląda tak samo. Powiem więcej, obecnie dzień wygląda tak samo jak noc: jedzenie, kupa, spanie i od nowa. Z tą różnicą, że w nocy robimy to wszystko po ciemku :) Jednak z każdym dniem widzę jak nasz syn dojrzewa (hehe), dzięki czemu nasz dzień staje się bardziej regularny, a co za tym idzie – żyje nam się coraz łatwiej. Gdybym miała jednym zdaniem podsumować te pierwsze wspólne tygodnie, powiedziałabym, że nie jest tak źle jak wszyscy mówili. Ale żeby nie było tak kolorowo, poniżej napiszę co mnie zaskoczyło w początkach mojego macierzyństwa.

1. Karmienie piersią wcale nie jest proste i intuicyjne. Pierwszy tydzień karmienia to była wieczna szarpanina. Ja nie umiałam Leosia dobrze przystawić do piersi, on nie umiał dobrze zassać. On się wkurzał, ja się wkurzałam, on płakał, ja płakałam, on głodny, ja sfrustrowana. W filmach wyglądało to inaczej :) W końcu oboje się dotarliśmy i teraz pod tym względem jest ok. Inną rzeczą, o której niby wiedziałam, a jednak nie zaprzątałam sobie nią głowy, był ból piersi. Ból z dwóch powodów. Po pierwsze, nawał. N  A  W  A  Ł. Wiedziałam, że jest w trzeciej dobie, boli, cycki większe od głowy bla bla. Ale to nie boli. To NAPIERNICZA JAK SKURCZYBYK. Przy okazji dowiadujesz się do jakich rozmiarów jest w stanie rozciągnąć się twoje ciało :) Ok, nawał mija, ale czy ból też? Otóż nie. Karmienie piersią BOLI. Podejrzewam, że to kwestia zahartowania itp., ale ja na razie jestem na etapie, że mi to po prostu sprawia ból. Leoś ma taką siłę ssącą (:)), że żadna tkanka nie jest w stanie tego wytrzymać i po prostu pęka. Pęka i nie ma w ogóle czasu na regenerację i wygojenie, bo pan za chwilę jest znowu głodny.

2. Da się żyć bez spania. Pierwszej nocy po urodzeniu Leosia spałam jakieś 2h na raty. Drugiej nocy nie więcej. Przez pierwszy tydzień mały budził się w nocy dosłownie co chwilę. Jadł, usypiał, ja ledwo zdążyłam się położyć, a on już znowu chciał jeść. W pierwszym tygodniu przespałam pewnie ze 20 godzin łącznie. A warto dodać, że po porodzie i po wszystkich tych emocjach fajnie byłoby chwilę odsapnąć. Teraz jego cykl trochę zaczyna się regulować. W pierwszym tygodniu sypiałam max 45 minut ciągiem, a teraz udaje się pociągnąć nawet ze 3-4h! Obecnie śpię około 5-6h, oczywiście z dwoma bądź trzema przerwami na karmienie. Nie powiem, że mi to wystarcza i że czuję się świetnie. Nie ukrywam, że gdy mały budzi się w środku nocy, mój mąż smacznie chrapie, a ja muszę małego nakarmić (30minut) , ponosić, żeby go brzuszek nie bolał (20-30 minut) i przewinąć (5 minut), to optymizm mnie nieco opuszcza, ale naprawdę da się żyć. Czasami się zastanawiam jak to możliwe, że mam na to wszystko siłę, ale myślę, że jadę jeszcze na poporodowej adrenalinie :p

Śpioszki
Śpioszki

3. Porozrzucanie ciuchy mojego męża po całym domu nie muszą wcale tak denerwować. To, że mój mąż jest zaradny i pracowity wiedziałam od dawna. To, że jest bałaganiarzem również wiedziałam. Jak to jest, że jemu nie przeszkadzają wiecznie porozrzucane skarpetki i zlew pełen naczyń? On tego nie widzi????? Eh, nieważne. Okazało się, że mój mąż ma też drugą twarz! Podczas gdy ja karmię Leosia, on zmywa gary. Gdy ja go przewijam, on lata z odkurzaczem. Gdy próbuję go pokołysać do snu, Kamil wstawia pranie i wyrzuca śmieci. Doszedł do takiej perfekcji, że gdy ostatniej nocy Leoś obudził się z płaczem w środku nocy (4:00) i tak płakał przez ponad godzinę, mój mąż w tym czasie posprzątał cały dom. Optymalizacja czasu szóstka z plusem.

4. Tak niewiele potrzeba mi do szczęścia. Stwierdzenie, że przy dziecku nie ma kiedy się nawet wysikać, zawsze uważałam za grubą przesadę. Dopóki nie zauważyłam, że przy dziecku czasami naprawdę nie ma się kiedy wysikać. :) Bywają dni, że śniadanie jem o 13, a z toalety korzystam w 30 sekund przy akompaniamencie krzyku Leona. Gdy Kamil wraca z pracy i zajmuje się Leosiem, a ja mogę spokojnie zjeść kanapkę, a potem nawet umyć zęby, to jestem w niebie. Albo gdy zakochane w Leosiu ciocie i babcie noszą go na rękach, a ja siedzę i piję kawę, a potem bez pośpiechu mogę nawet pójść na zakupy do sklepu obok. Kto by pomyślał, że wyjście po bułki będzie sprawiało mi kiedykolwiek tyle przyjemności?

5. Bezradność, bezsilność, frustracja. Mimo tego, że Leoś jest cudownym dzieckiem, to przynajmniej raz dziennie czuję, że chętnie bym się z tego przedsięwzięcia wymiksowała chociaż na chwilę. Troche to okropne, ale tak jest. I myślę, że wcale nie jestem w tym odosobniona. Tak jak wspomniałam wcześniej, tata Leona bardzo nam pomaga gdy jest w domu, ale niestety często go w tym domu nie ma, bo dużo pracuje. Więc tak naprawdę przez większość czasu jestem zdana tylko na siebie. Gdy Leon płacze 10 minut, ok. Gdy płacze 30 minut, zaczynam się frustrować, ale jeszcze daję rade. Gdy płacze godzinę, ja zaczynam płakać razem z nim. Gdy płacze 2h, ja już po prostu opadam z sił. Nie wiem jak mu pomóc. Nic nie pomaga. Moje dziecko jest całe czerwone i mokre od płaczu, a ja nie umiem mu pomóc. Poza tym, Leoś na początku był dzieckiem na maxa „nieodkładalnym”. Bardzo potrzebował (wciąż potrzebuje, ale nie do tego stopnia) bliskości i tulenia. Gdy go odkładałam – od razu płakał. A ja nie byłam w stanie nosić go tyle, ile chciał, bo po prostu nie miałam już sił.

Padł
Padł

6. Miłość i wielkie szczęście. Gdyby ktoś nie wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia, to niech urodzi sobie dziecko. Ona istnieje! I mimo tego, że CAŁE moje życie jest podporządkowane teraz temu małemu człowiekowi i za bardzo nie ma w nim miejsca na mnie, to jest extra. Jego piękna buzia rekompensuje wszystkie niedogodności.

7. Nic tak nie cieszy jak bąk i kupa. W innym wpisie wspominałam, że Leoś ma problemy z brzuszkiem. Z każdym dniem jest odrobinę lepiej, ale nadal bardzo nas to męczy. Widzę, że go boli i mimo, że stosuję różne metody żeby mu pomóc, to wg mnie nie przynoszą one większych rezultatów. Gdy po godzinach tulenia, głaskania, noszenia, przykładania ciepłych okładów i masowania brzuszka w końcu Leoś puści bąka, to nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba.

8. Utrzymanie porządku w domu jest niewykonalne. Bardzo lubię, gdy wszystko ma swoje miejsce, jest równo poukładane i panuje ogólny ład i porządek. Chaos doprowadza mnie do szału. Teraz żyjemy w chaosie :) Wszędzie są Leosia rzeczy. Pieluszki, kocyki, przenośne łóżeczko, fotelik do samochodu, ubranka. Na dodatek wiecznie jest uruchomiona pralka i non stop suszy się pranie.

Chaos. Wszędzie chaos!
Chaos. Wszędzie chaos

9. Wyjście z domu jest jak lot na księżyc. Gdzie te czasy, gdy wyjście z domu oznaczało jedynie założenie butów? Teraz to jest trudna logistycznie operacja. Ilość czynności jakie muszę wykonać przed wyjściem i ilość tobołów, które pakuję do wózka bywa nieco przytłaczająca.

10. Nie jest wcale tak źle, jak wszyscy mówili. Ludzie lubią innych straszyć swoimi historiami. Nie wiem zupełnie po co, a tekst „pogadamy jak będziesz miała dziecko” jest na pewno w mojej top 3. Nie powiem, że jest lekko, ale też nie opisałabym tego słowem „ciężko”. Trzeba po prostu odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Chyba każdy kto świadomie decyduje się na dziecko wie, że wiąże się to z wielkimi zmianami. Całą swoją uwagę trzeba teraz skupić na człowieku, który nagle pojawił się w naszym życiu. Oczywiście wiele zależy od sytuacji i od tego, jaką jesteśmy osobą. Każdy inaczej znosi to hormonalne tsunami i rzucenie na głęboką wodę. Ja z mojej perspektywy mogę jedynie powiedzieć, że świadomość, że to małe stworzenie potrzebuje mnie teraz w 100%, mojej uwagi, zrozumienia i bliskości, bardzo ułatwia sprawę. Ja Leosiowi oddaje się w całości. Nie myślę teraz o sobie, tylko cała jestem dla niego.

Nasz syn był (jest) bardzo „chcianym” dzieckiem. Może dlatego brak snu i brak przestrzeni dla siebie w ogóle (no prawie) mi nie przeszkadzają. Aż głupio narzekać, gdy ma się przy sobie tak ukochanego i wyczekanego (jest takie słowo?) człowieka. W ciągu tych 4 tygodni zmieniło się dużo więcej rzeczy, niż jestem w stanie zmieścić w tym poście. Mówiąc w skrócie: jest super!

Przejście do sekcji sklep


Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów

Cena zestawu: %bundleSum%
Anuluj